PYTANIA I ODPOWIEDZI

PYTANIA I ODPOWIEDZI

„Lubię się zatrzymać, być refleksyjna. Wtedy bardziej czuję, czego potrzebuję, co jest ważne, jakie mam w sobie pytania. Czasami na odpowiedź trzeba czekać bardzo długo.

Pochodzę z małego miasteczka, z rodziny przedsiębiorczej czyli takiej, w której rodzice, choć zawsze ciekawi świata, odważni i mądrzy, pracowali od świtu do nocy we własnej firmie. Dorastałam w przekonaniu, że jak jest problem, to trzeba szukać rozwiązania i się nie poddawać. Któregoś dnia, gdy miałam jedenaście lat, zabrakło cukru w rodzinnej cukierni i produkcja stanęła w miejscu. Nie wiedziałam, że potrzebujemy go z tonę. Poszłam do najbliższego sklepu i kupiłam tyle cukru, ile byłam w stanie udźwignąć. Przedsiębiorczość, którą obserwowałam, mnie również napędzała do znajdowania nowych pomysłów. Może dlatego później tak bardzo zainteresowałam się tym tematem.

Od dziecka marzyłam, żeby robić wywiady. Właściwie od momentu, kiedy pierwszy raz zobaczyłam w telewizji Tomasza Lisa. Fascynowała mnie jego praca i odkrycie, że istnieje taki zawód jak dziennikarstwo. W pokoju stworzyłam studio, w którym na kasety nagrywałam własne audycje. Wyobrażałam sobie, że przeprowadzam wywiady. Wszystko wymyślałam – stworzyłam w tamtym czasie wiele ludzkich historii. Ale marzenia nie zawsze idą w parze z wiarą we własne możliwości. Nie widziałam dla siebie szansy w dziennikarstwie – zabrakło otwartości na pójście pod prąd.

Wylądowałam na pierwszych lepszych studiach zaocznych w Poznaniu i poszłam do pracy. Sprzedawałam torebki, usługi telefoniczne, chodząc od domu do domu, reklamy przez telefon, aż wreszcie trafiłam do banku, gdzie spotkałam mentorkę, Jolę Latuszewską – pierwszego mądrego szefa. Ona mnie nauczyła wszystkiego. Pamiętam jej cierpliwość, otwartość, mądrość i umiejętność patrzenia na rzeczywistość z wielu perspektyw. Zawsze dawała mi szansę. “W finansach” spędziłam niemal dziesięć lat. Zdobywałam kolejne szczeble kariery w instytucjach bankowych. Szło mi świetnie, ale znienacka przyszedł kryzys i wypalenie zawodowe. Z tamtego czasu pamiętam głównie okropny ból głowy, zmęczenie i szum w uszach.

Rzuciłam pracę i zatrzymałam się. Ciągłe kołatało mi w głowie pytanie, co tak naprawdę chcę w życiu robić? Przestałam lubić siebie w takiej wersji, w której rano idę do pracy, odbijam kartę, by następnie zapomnieć, czym się zajmowałam. Jednak życie po swojemu i znalezienie siebie nie jest łatwe. Wyjście z ram myślowych i wyobrażeń, jakie mają o nas inni, to bardzo trudny i złożony proces. Żeby wiedzieć, co chcemy dalej ze sobą począć, potrzebujemy gotowości do zmiany i umiejętności zadawania sobie pytań, czy to, co robimy, jest dla nas dobre.

Odchodząc z korporacji, zaczęłam pisać bloga Nakawie.pl, tworzyłam wywiady o biznesie i przedsiębiorczości. Tym razem nie wymyślałam rozmówców – byli prawdziwi. Ruszyłam w podróż po Polsce, aby dowiedzieć się, jakie są doświadczenia twórców największych polskich marek: Ireny Eris, Piotra Voelkela, Rafała Brzoski, Teresy Mokrysz, Wojciecha Kruka, Solange Olszewskiej. Te rozmowy i poszukiwania podsumowałam wydając książkę „Twarze polskiego biznesu”. Od tamtej pory zrobiłam setki wywiadów, spotkałam niezwykłych ludzi jak prof. Andrzej Blikle, Julia Izmałkowa czy Marzena Jankowska, nazywana polską Brené Brown. Nawiązałam kontakt  z Richardem Bransonem czy Yuvalem Noah Hararim. Poznałam tych, których poznać chciałam, ale początki były bardzo trudne.

Z nagranych rozmów spisywałam słowo w słowo, nie wiedząc, jak właściwie redagować teksty. Pod opublikowanymi wywiadami na blogu pojawiały się komentarze, że powinnam bardziej uważać na to jak piszę, że popełniam błędy i nie jestem profesjonalistką. Potem czytałam wulgarne komentarze pod swoimi tekstami w tzw. dużych mediach, np. Onet.pl czy gazeta.pl. Parę lat temu nie mówiło się tyle o tym, że krytyka czy hejt w sieci boli i niszczy człowieka, że to wcale nie jest konstruktywne i pomocne. Dlatego doceniam wszystkich tych, którzy wtedy mnie wsparli i wzmocnili. Gdy uczysz się nowego zawodu, popełniasz wiele błędów. Ważna jest mentalna gotowość do porażki oraz ćwiczenie elastyczności psychicznej i budowanie własnej wartości, nie tylko na bazie dokonań zawodowych. Szukanie swojej drogi kosztuje, ale to, że umiemy marzyć potrafi utrzymać nas w nadziei na lepsze jutro.

Odchodząc z korporacji nie wiedziałam, że przestój zawodowy, który nadszedł, gdy skupiłam się na uczeniu się pisania, będzie aż tak trudny. Był moment, gdy chciałam się poddać i wrócić na etat. Wysłałam dwieście CV i nikt się do mnie odezwał, nikt nie chciał mnie zatrudnić. Nie poddałam się, głównie dlatego, że nie bardzo miałam wybór. Nauczyłam się znajdować swoich mentorów, szukać dobrych zespołów, utalentowanych ludzi, pracować z nimi i robić to, co kocham.

Dziś, po 7 latach, oprócz robienia wywiadów, pisania dla biznesowych redakcji (m.in. Forbes, Puls Biznesu, Harvard Business Review), współprowadzę agencję NewMoon. Zajmujemy się poszukiwaniem inwestorów, partnerów dla naszych klientów. We wszystkich swoich projektach współpracuję z twórcami biznesu, innowatorami, ale również z ludźmi idei i misji, z fundacjami, zajmującymi się kryzysem życia w bezdomności i osobami z niepełnosprawnościami intelektualnymi.

W dzisiejszym globalnym i coraz częściej cyfrowym świecie, możemy mieć wrażenie, że wszystko już wiemy na pewien temat, że znamy prawdę. Nagrałam setki wywiadów o biznesie i przywództwie, ale naprawdę przełomowe okazało się spotkanie Zofii Dzik – inwestora, innowatora, prezesa Instytutu Humanites, członka wielu rad nadzorczych spółek giełdowych. Zwróciła moją uwagę na to, jak bardzo wielowymiarową istotą jest człowiek, szczególnie gdy badamy obszar łączenia człowieka i technologii.  Nie możemy dążyć do nadmiernych uproszczeń i warto poświęcić czas na analizę wpływu określonych decyzji  na cały ekosystem, w którym żyjemy.

Każdego dnia słyszę, bez względu na to z kim rozmawiam, jak ważne jest poczucie wspólnotowości, własnej wartości i znalezienie sensu swojej obecności na tym świecie. Czasami jest tak, że spotyka się jedną osobę, która zmienia nasz świat. Takie mam doświadczenie po współorganizowaniu przez wiele lat konferencji popularno-naukowych TEDxPoznań. Gościliśmy tysiące osób, wybieraliśmy prelegentów, którzy dzielili się swoimi ideami. Wszyscy byli refleksyjni, mądrzy i w jakimś sensie szli zawsze pod prąd. Rozmowy i spotkania z ludźmi nauczyły mnie, że nie ma złych czy dobrych opowieści. Być może brzmi to banalnie, ale w każdej z nich może kryć się jedno wyjątkowe zdanie, które dla kogoś stanie się inspiracją, poruszy jego serce.”

Joanna Rubin

FOT. Jakub Wittchen

 

Poznaj więcej historii

SZCZĘŚCIE SPRZYJA ODWAŻNYM

J: Kiedy miałam dziesięć lat, bardzo chciałam nauczyć się grać na pianinie. Nie miałam za grosz talentu muzycznego, ale mimo licznych skarg sąsiadów i rodzeństwa zatykającego uszy przy moim graniu, rodzice zachęcali mnie do dalszych prób. Powtarzali, że jeśli to jest moja pasja, powinnam móc ją realizować.

D: Zawsze chcieli dać nam to, czego sami nie mieli. Dlatego tak duży nacisk kładli na naszą edukację. Aby każda z nas miała możliwość rozwijania swoich zainteresowań.

J: Oboje przyjechali do Poznania poszukując dalszej, lepszej edukacji i pracy. Mając to doświadczenie, mocno nas zachęcali, żebyśmy w życiu były wyedukowane i przede wszystkim samodzielne. Wielokrotnie chęć nauki wyniesiona z domu była głównym motywatorem naszego dalszego rozwoju. Rodzice dawali nam też wolny wybór – mogłyśmy podejmować decyzje, ale musiałyśmy je przyjąć ze wszelkimi konsekwencjami.

J: Pracę w naszym domu rozumiano jako drogę do samodzielności. Nasz tata prowadził firmę zatrudniającą ponad sto osób, a pojęcie przedsiębiorczości było dla nas wartością przekazaną  nam w genach. Moja pierwsza praca związana była z firmą rodzinną. Ukończyłam na Politechnice Poznańskiej kierunek „Zarządzanie i Marketing” – ni to inżynieryjny, ni to ekonomiczny. Czułam się w połowie inżynierem, w połowie ekonomistą. Chciałam rozwijać się dalej, ale już w bardziej konkretnym kierunku, dlatego ukończyłam kolejne studia ekonomiczne. W firmie rodzinnej wiedza ekonomiczno-techniczna okazała się niezwykle przydatna. Zajmowałam się stroną marketingową, uwzględniając kwestie techniczne, związane z energetyką cieplną. Dzięki połączeniu dwóch umiejętności, było mi łatwiej zrozumieć procesy i dotrzeć do potencjalnych oczekiwań klienta. Tata miał nadzieję, że któregoś dnia przejmę i poprowadzę dalej rodzinny biznes. Zaczęłam go oswajać z myślą, że chcę się rozwijać w innym kierunku. Odbyliśmy wiele trudnych rozmów. Doszliśmy jednak wspólnie do wniosku, że odejście z firmy pozwoli mi przyjąć zupełnie inną perspektywę, której nie byłabym w stanie zobaczyć, zostając w jednym miejscu. Z takim przeświadczeniem – że idę się dalej rozwijać, nie czułam niepokoju, tylko ciekawość nowych wyzwań. I to się sprawdziło. Tak przez kolejne 10 lat współtworzyłam firmę FIBARO, zajmującą się automatyką domową.

D: Mnie zawsze fascynowała praca lekarza. I choć moja ścieżka edukacyjna skręciła w stronę prawa, to jednak właśnie prawo medyczne zawsze najbardziej mnie pociągało. Od czterech lat prowadzę własną kancelarię jako radca prawny, a przez ostatnie dwa lata byłam prawnikiem procesowym – średnio po sześć rozpraw w tygodniu, na terenie całej Polski. Praca ta była wymagająca, ale dała mi niesamowite doświadczenie w zawodzie.

D: Kiedy rok temu Asia przyszła do mnie z ideą stworzenia firmy zajmującej się eksperymentami dla dzieci w pudełkach, miałam przed oczami siebie w wieku szkolnym. Jako dziecko zapisywałam się w szkole na wszystkie możliwe kółka naukowe, które były dostępne. Na kółku chemicznym wykonywaliśmy różne eksperymenty, ale nigdy nie robiliśmy tego osobiście – byliśmy tak naprawdę biernymi obserwatorami. Do dziś pamiętam ten niedosyt po zajęciach i chęć, żeby samemu spróbować. Kiedy Asia podsunęła pomysł na SmartBee Club, przed oczami miałam właśnie te niespełnione, szkolne marzenia.

J: Myślę, że ten niedosyt wynikał z naszej rodzinnej fascynacji nauką. Pamiętam swój pierwszy eksperyment w szkole. Na lekcji fizyki opowiadano nam o prędkości dźwięku. Wpadłam więc na “genialny” pomysł, że przeprowadzę test w środowisku naturalnym, podczas przerwy lekcyjnej. Ustawiłam koleżankę 500 metrów dalej i chciałam zmierzyć, jak szybko mnie usłyszy. Oczywiście cała ta akcja była absurdem, ale tak wyglądały moje początki z eksperymentami naukowymi.

J: Kończąc pracę w FIBARO, chciałam stworzyć firmę, która będzie oddziaływać na zmianę rzeczywistości. Żyjemy w świecie, w którym technologia rozwija się wykładniczo i już nigdy nie będzie rozwijać się wolniej. Zgodnie z badaniami, w przeciągu najbliższych dwudziestu lat około 50% zawodów zniknie z powierzchni ziemi, z uwagi na to, że sztuczna inteligencja przejmie ich zadania. Dlatego już dzisiaj warto budować w dzieciach takie kompetencje, jak kreatywność i myślenie krytyczne. Ich połączenie z nowymi możliwościami technologicznymi spowoduje, że biorąc pod uwagę otoczenie, będą wiedziały jaką decyzję podjąć, aby uzyskać właściwy efekt.

D: Każdy biznes potrzebuje spojrzenia z różnych stron. To był jeden z powodów, dla których stworzyłyśmy razem firmę. Rozpoczynając wspólną działalność zaczynałyśmy od małego pokoiku i czterech osób, ale szybko wszystko nabrało tempa.

J: Poza lokalem zmieniła się również początkowa koncepcja firmy. Pierwotny pomysł dotyczył eksperymentów analogowych – chciałyśmy stworzyć centrum naukowe w pudełku. Jednak po tym, jak uczestniczyłam w warsztatach w Kalifornii, podczas których opowiadano o nowoczesnych technologiach i ich funkcjonowaniu w nauce, postanowiłyśmy wykorzystać ten aspekt. Chcemy, żeby nasze produkty odpowiadały na potrzeby jutra. Stoimy teraz przed największym wyzwaniem. Edukowanie ludzi w zakresie nowych technologii nie jest łatwe. Musimy całkowicie zmienić postrzeganie tego tematu – nie tylko przez dzieci, które łatwo przyswajają nową wiedzę, ale przede wszystkim przez rodziców i nauczycieli. Z jednej strony dążymy jako opiekunowie do tego, żeby ograniczać kontakt dzieci z nowymi technologiami, ale z drugiej strony musimy zauważyć, że jest on niezbędnym narzędziem ich dalszego rozwoju.

J: Chwile zwątpienia przychodziły, kiedy firma nie rozwijała się tak szybko, jak chciałyśmy. Albo pojawiały się problemy, które według nas nie powinny nawet zaistnieć. To były momenty, kiedy wiedziałyśmy, że musimy jeszcze mocniej działać, żeby osiągnąć nasz cel.

D: Trzeba było zebrać się w sobie i iść dalej. Dzięki takiemu podejściu stawiamy kolejne kroki. Wiedząc jaki jest nasz cel, jednocześnie słuchając rynku, możemy zmaksymalizować szansę na sukces.

J: W tzw. piramidzie uczenia się jest udowodnione, że po dwóch tygodniach pamiętamy aż 90% z rzeczy, które robiliśmy, a zaledwie 10% z tego, co czytaliśmy. Forma dobrania narzędzi powoduje, że efektywność nauki wzrasta. Mało kto pamięta każde prawo fizyki, którego uczył się na pamięć w szkole. Najistotniejsze bowiem jest zrozumienie procesów. Dlatego naszą misją jest nie przedstawiać praw do wykucia, tylko tłumaczyć otaczającą nas rzeczywistość.

D: Codziennie coś w firmie mnie zaskakuje. Ostatnio zastanawialiśmy się, jak długo leci kulka z katapulty. Z naszym fizykiem siedzieliśmy na dywanie i mierzyliśmy to zjawisko. Największym zaskoczeniem przy prowadzeniu własnego biznesu jest fakt, że musisz brać pod uwagę jego bardzo rozmaite aspekty.

J: Praca jest naszym największym motywatorem. Im jest jej więcej, tym bardziej jesteśmy zmotywowane.

D: Potrzebujemy nowych wyzwań, aby móc się dalej rozwijać. Nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko zależy od nas i naszego nastawienia.

J: Staram się powtarzać, że trzeba zawsze wierzyć w swoje pomysły i iść za swoim wewnętrznym głosem. Każda wątpliwość rodzi lęk, który hamuje nas w drodze do celu. Jest taka maksyma Aleksandra Wielkiego, którą zawsze mam z tyłu głowy: „szczęście sprzyja odważnym”. I tego się trzymamy każdego dnia.

Joanna Ossowska-Rodziewicz, Dorota Ossowska

FOT. Archiwum prywatne bohaterek

ZNAKI NA NASZEJ DRODZE

ZNAKI NA NASZEJ DRODZE

“Często spotykam się z opinią, że z osobami duchownymi nie można się dogadać. Nie każdy jest wierzący, spotykamy ludzi z różnymi doświadczeniami. Nie możemy zatem czekać w kościołach, aż ktoś do nas przyjdzie, sami musimy wyjść do innych – z takiej postawy biorą się dobre, boże rzeczy.

Wychowałam się w domu wielopokoleniowym. Głównie zajmowała się mną babcia. Dziadek uczył mnie jeździć na rowerze, zaznaczał na framudze drzwi, ile urosłam. Oboje odgrywali w moim życiu wyjątkową rolę. Rodzina bardzo chciała, abym kontynuowała tradycję i została prawnikiem. Cała moja edukacja krążyła wokół założenia, że po maturze pójdę prosto na studia prawnicze. Czułam jednak, że to nie jest do końca moja droga.

Kiedy miałam piętnaście lat podczas wakacji pojechałam na tzw. rekolekcje powołaniowe do Poznania, do sióstr serafitek, które opiekowały się dziećmi z niepełnosprawnościami. Uderzyło mnie, że poza siostrami podopieczni nie mieli nikogo. Wyjeżdżałam przepełniona chęcią pomocy – czułam, że to jest moje powołanie. Dla rodziców mój plan był jednak nie do przyjęcia. Mówili, żebym najpierw spróbowała dostać się na prawo. Miotałam się między racjonalnymi argumentami rodziny, a moim wewnętrznym głosem, który wołał mnie w zupełnie inną stronę. Na widok serafitek mieszkających niedaleko, potrafiłam przechodzić na drugą stronę ulicy, żeby odsunąć od siebie myśli o zakonie.

W klasie maturalnej czułam, że prawo to nie jest kierunek, który powinnam wybrać. Nie zdałam końcowego egzaminu i ostatecznie trafiłam na nowo otwartą specjalizację przy Studium Medycznym w Toruniu, moim rodzinnym mieście. Zaczęłam kształcić się jako pracownik socjalny. Bardzo się zaangażowałam i zobaczyłam, jak dużo mogę wskórać. Zajmowałam się wieloma sprawami i realnie pomagałam ludziom. Myślałam wówczas, że w habicie nie mogłabym tyle zdziałać. Myśli o zakonie wracały jednak jak bumerang i bardzo mnie to męczyło.

Pewnego dni opowiedziałam koledze o moich wahaniach. Powiedział mi wówczas jedno zdanie, które mną wstrząsnęło: „Bóg daje ci taki wielki dar, a ty go w błoto wyrzucasz?” – zmieniło ono moje dotychczasowe myślenie. To był moment przełomowy i podjęłam ostateczną decyzję o wstąpieniu do zakonu. Zrobiłam rodzinną naradę i śmiało zakomunikowałam, że to jest moja droga. Myślę, że cała moja rodzina zrozumiała, że dojrzałam wówczas do tej decyzji.

Mój przyjazd do zakonu był dość zaskakujący, nawet dla przełożonych. W drodze do domu prowincjalnego mieliśmy awarię samochodu. Wzięłam tylko teczkę i ruszyłam dalej pieszo. Po wypełnieniu dokumentów siostra zapytała, kiedy chciałabym przyjechać na stałe, a ja zdziwiona odpowiedziałam, że przecież już przyjechałam. Nawet nie pomyślałam, że trzeba się wcześniej umówić – po prostu pojawiłam się i jestem tutaj już 37 lat.

W 1999 powstał nowy kompleks zakonu, wybudowany przy wsparciu miasta. W założeniu miał zawierać również ośrodek rehabilitacyjno-sportowy. W umowie był zapis, że mamy określony czas na jego wybudowanie. W przypadku niedopełnienia tego warunku, stracilibyśmy budynek. Nie mieliśmy budżetu na ukończenie prac, więc pojawił się pomysł na założenie stowarzyszenia na rzecz osób niepełnosprawnych, które będzie zbierało potrzebne środki. W 2003 roku oficjalnie powołano do życia stowarzyszenie, a w 2007 roku zostałam dyrektorem tej organizacji oraz Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży.  W tym samym roku udało nam się dokończyć budowę ośrodka, ale wciąż brakowało pieniędzy na wyposażenie.

Opowiadam to jako dowcip, ale nie czekając pojechałam do Tulec pod figurę Matki Boskiej. Pomodliłam się, aby udało nam się uzbierać fundusze potrzebne na zakończenie ośrodka. Obok figury stoi kiosk. Od pracującej tam sprzedawczyni dostałam małą pocztówkę z wizerunkiem Matki Boskiej. Podając mi ją powiedziała, że Matka Boska wszystko potrafi załatwić. Po miesiącu otrzymałam telefon z informacją, że pewna firma budowlana, realizująca dużą inwestycję w Poznaniu, chciałaby nam przekazać darowiznę. Mieli taką zasadę, że po zakończeniu budowy w danym miejscu, przeznaczali pozostałe środki na wybrany cel charytatywny. Tym razem planowali ofiarować je je siostrom zakonnym, które prowadzą ośrodek dla dzieci z niepełnosprawnościami. Ktoś na górze nas wysłuchał. Z otrzymanych środków wyposażyliśmy cały ośrodek, wraz ze specjalnym basenem dla dzieci. Po wszystkim pojechałam do Tulec z powrotem, tym razem z wielkim bukietem róż, aby podziękować za ten mały-duży cud.

Nie był to zresztą jedyny cud na naszej drodze, który pozwalał doświadczyć, jak Bóg pomaga nam w prowadzeniu tego dzieła. Parę lat temu zepsuł się w ośrodku piec gazowy. Na zakup nowego nie mieliśmy wówczas pieniędzy. Po dwóch dniach do ośrodka przyszła osoba, która słyszała o naszym problemie i chciała się dołożyć do zakupu pieca. Pamiętam dokładnie, że nowy piec kosztował 4790 złotych. W kopercie było dokładnie 4800 złotych. Nie wiemy do dzisiaj, kto to był. Mam takie przeświadczenie, że Pan Bóg nas nigdy nie zostawi.

Marzyłam, aby to miejsce nie było tylko placówką realizującą podstawowe potrzeby. Zdaję sobie sprawę, że choć w nazwie jest „dom”, nigdy nie zastąpimy podopiecznym prawdziwego domu. Możemy jednak reagować na potrzeby. Tak było między innymi pięć lat temu, kiedy otrzymywałam coraz więcej telefonów ze szpitali z informacją, że noworodki z niepełnosprawnościami leżą na salach i nikt nie chce ich odebrać. Wszystkie domy pomocy społecznej, włącznie z naszym, przyjmowały wtedy dzieci od trzeciego roku życia – takie było rozporządzenie. Dzięki temu, że funkcjonujemy jako instytucja niepubliczna, zmieniliśmy regulamin i zaczęliśmy przyjmować najmłodsze dzieci, a ośrodek rehabilitacyjno-sportowy przekształciliśmy w rewalidacyjno-wychowawczy. Z dwunastu maluchów, które przyjęliśmy, dwójkę doprowadziliśmy do zupełnej sprawności intelektualnej i doczekały się adopcji. Pozostałą dziesiątkę udało nam się umieścić w rodzinach zastępczych.

Dzieci, które do nas trafiają, często nie miały szansy na zaistnienie w społeczeństwie. Wyjeżdżamy razem do kina, na pocztę, czy do banku, żeby poczuły, czym jest integracja społeczna. Największym jednak sukcesem jest dla mnie to, że nasi podopieczni z głęboką niepełnosprawnością nie czekają w pokojach, aż nauczyciele ze szkół specjalnych przyjdą do nich, tylko wyjeżdżają codziennie do szkoły. Dla nich to jest zupełnie inny świat: wyjście z czterech ścian na te parę godzin dziennie.

Postawiliśmy sobie za cel, żeby znaleźć metodę komunikacji, która pozwoli nam dotrzeć do naszych podopiecznych. Często słyszałam od ich rodziców, że zrobiliby wszystko, żeby się dowiedzieć, co boli ich dziecko. Największą barierą jest brak kontaktu werbalnego i trzeba dążyć do tego, żeby ją przełamać. Wychodząc naprzeciw takim potrzebom zainwestowaliśmy w różnego rodzaju piktogramy, urządzenia, które czytają z gałek ocznych, czytniki, dzięki którym dziecko może komunikować się z otoczeniem. Wystarczy znaleźć klucz do komunikacji i odkrywa się przed nami zupełnie inny człowiek – nowoczesne technologie nas w tym wspierają.

Jest taki trudny moment w życiu kobiety, kiedy ma trzydzieści parę lat i fizjologia daje sygnały, że to ostatni dzwonek, aby mieć dzieci. Myślę, że to jest czas kolejnej decyzji w życiu każdej siostry zakonnej – moment, w którym pojawiają się pytania, czy ja tu rzeczywiście mam być, czy to, że nigdy nie będę miała swojego dziecka, jest dla mnie dobrą decyzją. Gdy składamy swoje śluby, nie mamy doświadczenia i nie wiemy, ile będą nas one kosztowały. W małżeństwie też może pojawić się kryzys, a w klasztorze trudny czas u kobiet przychodzi najczęściej w wieku powyżej 35 lat. Nie jest to doświadczenie tylko życia zakonnego – każdy z nas staje przed tego typu dylematami, kiedy musi sam podjąć decyzję i po raz kolejny powiedzieć sobie dojrzałe „tak”.

Na przykładzie mojego powołania mogę powiedzieć, że człowiek potrafi długo odrzucać znaki na swojej drodze. Wiele osób jest powołanych, ale niekoniecznie chcą one odpowiedzieć na ten wewnętrzny głos, który jak bumerang do nich wraca. W którymś momencie trzeba się określić: “to jest właściwy wybór”. Czy to będzie małżeństwo, życie w pojedynkę czy życie konsekrowane – każde wymaga w pewnym momencie podjęcia decyzji. Nie da się odwlekać naszych spraw w nieskończoność. Każdy z nas ma swoją drogę, tylko ważne, żeby umiał właściwie odczytać na niej znaki i z odwagą tą drogą pójść. Nie można siedzieć z założonymi rękami, tylko trzeba działać. Każdemu Pan Bóg dał rozum, więc korzystajmy z niego tyle, ile możemy”.

Cecylia Barbara Belchnerowska

FOT. Archiwum prywatne bohaterki

 

 

W DOBRĄ STRONĘ

W DOBRĄ STRONĘ

“Słyszę czasami pytanie: kto jest dla ciebie największym autorytetem w życiu? Zawsze wówczas myślę o moich rodzicach, którzy pokazali mi, jak można tworzyć dom oparty na wartościach. Taką relację chciałam przekazywać dalej, wykraczając poza nasze ognisko domowe.

Pomimo ukończenia szkoły muzycznej oraz studiów na kierunku muzykologii na poznańskim UAM nigdy nie marzyłam o zostaniu muzykiem. Chciałam działać w branży, ale od strony organizacyjnej. Szybko zaczęłam zdobywać doświadczenie zawodowe, co w końcu uświadomiło mi, że powinnam jednak pójść w inną stronę. 

Rok przed ukończeniem studiów postanowiłam spróbować swoich sił i wyjechać na wolontariat do Zimbabwe. Zdecydowałam się na to z przeświadczeniem, że nie ma rzeczy niemożliwych – jeżeli czujemy, że coś powinniśmy zrobić, nie warto zwlekać. Trzeba jednak pamiętać, że wolontariat nie stanowi ucieczki od problemów. Wyjazd nas od nich nie uwolni. To nie jest realne rozwiązanie.

 Przed rozpoczęciem wolontariatu rok spędziłam na ciągłych wyjazdach do Warszawy na spotkania przygotowawcze. Ten czas był dla nas – przyszłych wolontariuszy – próbą weryfikującą, czy to marzenie jest tylko naszą chwilową zachcianką, czy większą potrzebą. Myślę, że ten test zaliczyłam – po roku byłam pewna, że  to moja misja specjalna.

Często wyjeżdżamy na wolontariat z myślą,  że ludzie na miejscu bardzo nas potrzebują i chcą. Prawda jest taka, że jedną z najważniejszych umiejętności wolontariusza jest zdolność dopasowania się do środowiska, w które wchodzi. Każda społeczność okazuje się inna. W Polsce mamy odmienne potrzeby i możliwości niż w miejscu, do którego się wybieramy. Dopiero mając tę świadomość, można realnie nieść pomoc. 

W Zimbabwe zajmowałam się lokalnym programem pomocowym dla osób zarażonych wirusem HIV. Jeździliśmy od miejsca do miejsca, aby móc się z tymi ludźmi spotykać i prowadzić bieżącą dokumentację. W ciągu dnia organizowaliśmy również zajęcia pozaszkolne dla dzieci. Oczywiście, moje wcześniejsze wyobrażenia o tej pracy były zupełnie niewspółmierne do tego, jakie okazały się lokalne potrzeby. Dzieci, które przychodziły do nas na zajęcia, najbardziej pragnęły po prostu dobrej zabawy, możliwości oderwania się od tego, co przeżywają na co dzień. Potrzebowaliśmy czasu, żeby się poznać, wyczuć wspólną energię. Przekonałam się wtedy, że tak naprawdę w wolontariacie ważna jest motywacja – to, aby ją mieć i potrafić przekazać innym. Dzieci uczestniczące w naszych zajęciach musiały codziennie po szkole pokonywać spory kawałek drogi, żeby do nas dotrzeć. Nauka odnajdywania w sobie motywacji i zarażania nią innych okazała się jedną z najważniejszych lekcji. To jak bardzo była dla mnie przydatna, odkryłam dopiero po powrocie do Polski.

Z wyjazdu wyniosłam jeszcze jedną bardzo ważną naukę: że czasami „pomagać” znaczy „nie przeszkadzać”. To przesłanie znakomicie się sprawdza nie tylko w wolontariacie – także w moim dzisiejszym świecie, związanym z branżą IT i nowymi technologiami. Często bierzemy się za tworzenie czegoś innowacyjnego, nie sprawdzając wcześniej, czy nasz pomysł jest w stanie wpasować się w rynek i czy jest w ogóle potrzebny. Pomagać trzeba, kiedy jest to faktycznie konieczne, a nie na siłę. 

Po powrocie do Polski bardzo chciałam uniknąć poczucia straty czasu, dlatego dwa lata studiów, które mi pozostały, zrobiłam w jeden rok. Zostałam również mamą.  Wtedy stało się dla mnie oczywiste, że to tutaj jest moje miejsce na ziemi. 

Zaczęłam też tworzyć z zespołem swój pierwszy start-up – aplikację mobilizującą dzieci do codziennego mycia zębów. Z tym projektem dostaliśmy się do programu adaptacyjnego Huge Thing, dzięki któremu poznałam od środka środowisko IT i świat nowych technologii.

Z trzymiesięczną Julką u boku uczestniczyłam wtedy w codziennych spotkaniach, konferencjach branżowych. Pomysł z aplikacją nie odniósł wprawdzie komercyjnego sukcesu, ale zdobyte doświadczenie pozwoliło mi zgłębić środowisko i rozpocząć pracę na stanowisku związanym z budowaniem społeczności wokół zdobytych kontaktów. Poszerzyłam dzięki niemu swoje umiejętności komunikacyjne i otworzyłam się na kolejne wyzwania zawodowe. 

Przechodząc do pracy dla software house, miałam dzięki temu poszerzoną perspektywę   procesów rekrutacyjnych w firmie: w transparentności jako istotnej wartości widziałam szansę na pozyskanie nowych pracowników. Zaczęliśmy wraz z całym zespołem organizować różnego rodzaju warsztaty, szkolenia związane z językiem oprogramowania, na które wcześniej prowadziliśmy rekrutację. W ciągu roku podwoiliśmy w ten sposób nasz zespół programistów. 

Zawsze lubiłam kreować nowe działania, nie powielając starych schematów. Dlatego chciałam spróbować swoich sił, działając niezależnie. Stało się to bodźcem do stworzenia własnej firmy, gdzie mogłabym przekazywać swoje wartości i pomysły dalej. Śmieję się dzisiaj, że działałam zupełnie bez planu – szłam z wiatrem. 

Założyłam firmę wspierającą rekrutację IT oraz procesy HR. Po pół roku działalności zatrudniłam pierwszego pracownika, który dzisiaj jest moim partnerem w firmie. Rośliśmy w siłę, przychodziły nowe zapytania o współpracę, a ja – z małym dzieckiem u boku – nie mogłam do końca pozwolić sobie na ryzyko związane z inwestowaniem. Mogłam za to dzielić się tym, co zarobimy wspólnie. Tak powstał nasz system prowizyjny, który działa do dziś – wynagrodzenie mojego zespołu jest uzależnione od wyników całej firmy. Obecnie jest nas już ponad dwadzieścioro i szykujemy się do przyjęcia na pokład kolejnych osób.

Bee Talents mocno się zmieniło od momentu rozpoczęcia działalności. Kiedy się rośnie w siłę, nie o wszystkie elementy dba się tak samo. Komunikacja się zmienia; na każdym etapie rozwoju trzeba ją wciąż dopracowywać, aby mogła pozostać transparentna. A na to kładę największy nacisk w firmie. 

Zauważyłam pewną zależność: rozwijając siebie, rozwijamy także organizację, w ramach której funkcjonujemy. O dobrej praktyce możemy mówić, kiedy pracownicy potrafią w swoim rozwoju dostrzec szansę na dobre zmiany w firmie. Często mówię o wartościach, bo wierzę, żę one są nam potrzebne nie tylko do dobrego wykonywania naszej pracy, ale też do bycia tym, kim chcemy się stać. Cele, które sobie wyznaczamy, na początku były celami życzeniowymi. Nie mieliśmy żadnej presji i rozwijaliśmy się organicznie rosnąc pod kątem przychodów dwukrotnie rok do roku. To dawało nam powód do poczucia satysfakcji z tego, co już mamy, i tego, jak dany cel wyglądał początkowo w naszej głowie. Bee Talents to praca zespołowa i każdy z nas jest zaangażowany w jego rozwój.

Ostatni rok był dla Bee Talents najintensywniejszy od początku naszego istnienia. Mimo że odczuwam odpowiedzialność za zespół, nie czuję lęku. Wierzę, że zawsze znajdziemy drogę wyjścia. To, że teraz chcemy więcej, stanowi nasz świadomy wybór. Czuję, że zawodowo jestem dzisiaj w najlepszym miejscu, jakie mogłam sobie wymarzyć. Rok temu powiedziałabym to samo, więc chyba mogę powiedzieć, że idę w dobrą stronę. 

Bardzo lubię tworzyć. Dlatego wydanie książki stało się dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Moją wielką inspiracją była od dawna Patty McCord. Po przeczytaniu jej książki „Powerful” zamarzyłam, aby wydać ją tutaj w Polsce. 

Cały proces wydawniczy nadzorowałam po godzinach. To jest projekt, z którego jestem bardzo dumna. Mogliśmy brać udział w przekazaniu jej języka, tego co w niej podziwiamy, innym. Wiedzieliśmy, że będzie to uzupełnienie tego, czym zajmujemy się na szkoleniach. Często słyszę pytania, po co szkolimy innych rekruterów – a przecież moim celem jest zmiana całego rynku za sprawą ujednolicenia praktyk rekrutacyjnych. Takie sukcesy cieszą najbardziej – kiedy oczekiwania nie są zbyt duże, a rezultat miło cię zaskakuje. 

Gdybym bardzo mocno analizowała założenie firmy pod kątem ryzyka czy potencjalnych przychodów, pewnie bym jej nigdy nie otworzyła – tak mi się wydaje. Poszłam na żywioł, bez oczekiwań, mając w głowie małe kroki do realizacji kolejnych marzeń. Moim pierwszym celem „na swoim” było zarobienie tyle, ile zarabiałam na etacie. Dalszy rozwój firmy  przebiegł na tyle naturalnie, że dopiero po czterech latach poczułam potrzebę zmiany organizacji całego przedsięwzięcia tak, byśmy mogli osiągnąć jeszcze wyższe cele. 

Największym wyzwaniem wciąż pozostaje dla mnie godzenie ról życiowych – znalezienie balansu pomiędzy byciem w domu a życiem w Bee Talents. Moja córka ma dzisiaj osiem lat, firma – ponad cztery. Julka towarzyszyła mi na każdym etapie jej tworzenia. Była takim zdrowym stoperem. Mnie to bardzo uporządkowało życie.

 Od dziecka jestem wielką fanką chodzenia po górach. Osiąganie kolejnych szczytów mocno mnie pociąga, również w biznesie. Góry są wymagające. To prawdziwa próba charakterów. Idąc w góry, nie konkurujesz z innymi, tylko ze swoimi słabościami. 

Tak jak w życiu – góry są jak cele: po to, by przeżywać radość ich zdobywania”. 

Aleksandra Pszczoła,

Bee Talents

FOT. Tomasz Cholewa

 

MOC MARZEŃ

ANNA NIEDŹWIEDŹ

MOC MARZEŃ

“Pamiętam, że jako dziecko bardzo nie chciałam dorosnąć. Miałam wspaniały dom rodzinny – mamę, która poświęcała nam czas, tatę i siostrę – prawdziwe domowe ognisko. Byłam dzieckiem trzymającym się maminej spódnicy. Dopiero kiedy odnalazłam taniec, w moim życiu wszystko się zmieniło.

Starsza siostra często mi powtarzała, żebym znalazła w życiu pasję, której będę chciała się oddać. Taniec od początku był właśnie taką miłością. W duszy zawsze czułam się tancerką.

Pierwsze kroki stawiałam w zespole tanecznym w Pałacu Kultury w Poznaniu (dzisiejsze Centrum Kultury Zamek). Szybko jednak zapragnęłam być zawodową tancerką, co nie było takie łatwe. 

Jeśli człowiek musi w życiu o coś walczyć, nie dostając tego od razu, zupełnie inaczej patrzy na swoje osiągnięcia i mocniej dąży do upragnionego celu. Walka o dostanie się do szkoły baletowej była dla mnie taką właśnie batalią.

Początek lat 80. To były czasy, kiedy należało najpóźniej w wieku dziesięciu lat pójść do szkoły baletowej, następnie ją ukończyć i na tym temat się urywał. W zasadzie nie było innej możliwości uczenia się baletu. Ja miałam zupełnie inną drogę. Do Poznania zdawałam i się nie dostałam. Po kolejnych dwóch latach starań przyjęto mnie do Szkoły Baletowej w Łodzi. Oddałam każdą minutę swojego życia, zmieniłam szkołę – wszystko po to, aby móc poświęcić czas tańcowi. Robiłam jednocześnie dwie szkoły: maturę zdawałam w normalnym liceum, zaliczając wszystkie egzaminy wcześniej,  aby móc skupić się na uzyskaniu dyplomu tancerki. 

Szkoła baletowa była dla mnie  wielką frajdą i niesamowitym doświadczeniem. Pomimo nieustannej walki, bo ona jest wpisana w zawód tancerza. Ciągle walczymy, żeby być lepsi w tym co robimy, a końca tego procesu nigdy nie ma. Niezależnie od okoliczności czułam jednak, że to jest naprawdę moje. Tego nie da się opisać słowami. Powtarzam dzisiaj rodzicom moich uczniów, że to jest naprawdę specyficzny zawód, któremu trzeba się całkowicie oddać. Żeby mieć z niego satysfakcję i dobrze go wykonywać, trzeba faktycznie poświęcić wiele rzeczy. Jeżeli podchodzi się do tego rozumowo, to nikt takiej decyzji nie podejmuje. Ale kiedy człowiek się z tym rodzi, czuje, że to jest wielka miłość spychająca inne tematy zawsze na drugi plan. 

Moim celem po szkole baletowej były profesjonalne występy na scenie. Niestety moje ciało nie pozwoliło mi długo wykonywać tego zawodu. Nikomu nie mówiąc o swoich bólach, o sygnałach,  jakie wysyłało mi ciało, ignorowałam je, byle jak najwięcej ćwiczyć i dalej móc tańczyć zawodowo. Problemy z biodrami wciąż jednak narastały. Wiele osób mnie zniechęcało, tłumaczyło, że trzeba przerwać. Nie żałuję niczego, bo wszystkie przeciwności bardzo mnie zbudowały. Dały mi mocny, życiowy kręgosłup. 

Plan B na życie pojawił się sam, kiedy po dwóch latach pracy dla teatru faktycznie nie mogłam już dłużej tańczyć. Wraz z kontuzją przyszły pierwsze myśli o całkowitym porzuceniu tej ścieżki kariery. Obraziłam się na balet – to była obrona przed tym, co stało się z moimi marzeniami. 

Pojawił się wówczas pomysł na studia pedagogiczne w Warszawie. Chciałam zacząć uczyć, przekazywać moją pasję następnym pokoleniom. Pewnego dnia zaproponowano mi poprowadzenie zajęć tańca klasycznego dla dzieci niesłyszących. Nowe wyzwanie, jakim było nauczanie, stało się moją pasją i spędziłam kolejne piętnaście lat ucząc baletu osoby niesłyszące, najpierw dzieci później również dorosłych.

Coraz więcej moich uczennic chciało kontynuować naukę prywatnie, poza murami szkoły. Tak narodził się pomysł na stworzenie pierwszej w Poznaniu prywatnej szkoły tańca klasycznego. Udało się ją powołać do życia w 1994 roku. Nigdy nie lubiłam rutyny, dlatego fascynujące było dla mnie stworzenie od zera miejsca, którego w Poznaniu brakowało. 

Nie było na kim się wzorować, musiałam sama sobie wszystko poukładać. Na studiach pedagogicznych nikt wówczas nie mówił, jak podchodzić do uczenia dzieci dla ich pasji. Panowało zupełnie inne podejście. Cieszyło mnie więc przecieranie szlaków. Myślę, że to wynika z mojego charakteru – lubię działać zgodnie z moimi zasadami, na moich warunkach.  

Przez pierwsze piętnaście lat istnienia szkoły doświadczyłam w niej wszystkiego: parzyłam kawę rodzicom moich uczniów, sprzątałam salę, uczyłam, tworzyłam spektakle. W tej chwili, jak już mam pracowników, świetnie wiem, co każdy powinien robić, bo sama tego doznałam. 

Po kilkunastu latach prowadzenia szkoły pojawiła się kolejna potrzeba. Wyrazili ją moi uczniowie, którzy chcieli spróbować sił na profesjonalnej scenie, ale nie mieli na tym etapie edukacji takich możliwości. Narodził się więc pomysł na stworzenie Teatru Cortiqué. 

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że stworzenie teatru było dla mnie największym życiowym wyzwaniem. Wszyscy z branży mówili, że to jest zupełnie szalony pomysł i pewnie będę żałować.

Dzisiaj patrząc na to pod względem realizacji celu, jakim jest zapewnienie praktyki scenicznej moim uczniom oraz wychowanie młodego pokolenia widzów, jestem bardzo szczęśliwa, że się na to zdecydowałam.

Od samego początku istnienia szkoły moją wielką pasją było tworzenie z uczniami spektakli, które potem przenosiłam na deski między innymi Teatru Wielkiego w Poznaniu, Teatru Muzycznego oraz innych profesjonalnych scen teatralnych. To doświadczenie niesamowicie ich rozwijało i pokazywało im, czym tak naprawdę jest praca tancerza zawodowego. Mnie zabrakło na początku mojej drogi zawodowej możliwości weryfikacji, czy faktycznie scena jest moim życiem. Czym innym bowiem jest praca na sali baletowej, a czym innym obecność na scenie. Osoby, które mają okazję wcześnie doświadczyć obu tych przestrzeni i upewniają się, że bez sceny żyć nie mogą, wiedzą, że to naprawdę jest zawód dla nich.

Większość moich wychowanków uczę z myślą o przygotowaniu do zawodu, ale nie dla wszystkich spośród nich celem jest praca w charakterze zawodowego tancerza. Możemy uczyć się czegoś profesjonalnie, ale niekoniecznie musimy spełniać się tylko w tej dziedzinie. Dlatego zawsze jestem dumna z moich uczennic, które tańczą w teatrach i dodatkowo studiują ciekawe dla nich kierunki. Musimy myśleć o naszej przyszłości – jeżeli ktoś ma więcej niż jedno zainteresowanie, warto, aby sprawdził się w różnych dziedzinach. Ja miałam tylko jeden cel – taniec.

Czasami marzę o  takim typowym ośmiogodzinnym dniu pracy: przyjść, zrobić, wyjść i zapomnieć. Ale wystarczy, że przyjdą wakacje i dopada mnie spadek formy – tęsknię za swoją pracą. Wiem, że nawet jak mi się czasami wydaje, że chciałabym robić coś innego, nie przyniosłoby mi to szczęścia.

Bez ludzi wokół, a przede wszystkim ich wiary w moje marzenia, nic by się nie udało. Potrafili wyciągnąć ze mnie najlepsze cechy, które powodowały, że się spełniałam. Szczęśliwie mam syna i męża, którzy odnaleźli się w moim zwariowanym życiu, wspierają mnie i rozumieją – wszyscy razem żyjemy teatrem i szkołą. Ale nigdy się nie dowiem jakby było, gdybym zdecydowała się na kolejne dzieci. Każdy człowiek coś poświęca – nie jest tak, że żyjemy w zupełnej harmonii.  Nie da się robić wszystkiego na 100%, bo po prostu nie starczyłoby nam czasu. Uważam, że nie należy próbować mieć wszystkiego, bo wtedy zawsze coś ucierpi.

Czuję się spełniona żyjąc taką codziennością – kiedy poświęcasz czas na to, co kochasz, czujesz się naprawdę sobą, a każdy dzień jest rozwojem. Czy któregoś dnia będę musiała z tego zrezygnować? Oby nie. To jest moje największe wyzwanie – żebym nigdy nie musiała wycofać się ze swoich marzeń. Czas pokaże.”

Anna Niedźwiedź

FOT. Beata Orcholska

PROFESJONALNA, NIE PERFEKCYJNA

PROFESJONALNA, NIE PERFEKCYJNA 

“Dom rodzinny kojarzy mi się przede wszystkim z babcią – jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Miała wiele fantastycznych powiedzonek, które były dla mnie życiowymi drogowskazami. Zawsze dbała o relacje międzyludzkie – dzięki niej ta wartość stała się najważniejsza i w moim życiu.

W domu o samochodach mówiło się zawsze. Mieszkaliśmy ponad 50 kilometrów od Poznania, a niedzielne przyjazdy na poznańską giełdę samochodową stały się naszymi rodzinnymi rytuałami. Wśród samochodów czułam się dobrze, bezpiecznie. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, co to są klocki hamulcowe, do czego służą kolejne samochodowe podzespoły. 

Jako świeżo upieczona maturzystka zaczęłam pracę w salonie samochodowym we Wrześni. To był mój pierwszy etat i jednocześnie nasze rodzinne początki w branży motoryzacyjnej. Tata powiedział mi wtedy, że życia człowiek najszybciej uczy się w pracy. Miał stuprocentową rację, a ja miałam to szczęście, że mogłam uczyć się życia w firmie rodzinnej. 

Czasami to był prawdziwy off-road, z mniej lub bardziej krętymi drogami. Dzisiaj, z perspektywy już prawie 30 lat spędzonych w firmie, mogę powiedzieć, że różnorodność tych dróg dała mi ogromny bagaż doświadczeń. Szybko poprosiłam o zmianę zakresu obowiązków i pracę bliżej ludzi – stąd pomysł, aby przenieść mnie ze stanowiska administracyjnego na doradcę technicznego. W serwisie miałam swoich mistrzów, którzy chętnie dzielili się ze mną wiedzą techniczną. Do dziś jestem im za to wdzięczna. Realizowałam się na technicznym stanowisku przez kolejne dwanaście lat. 

Poznanie mojego męża, który jest pasjonatem motocykli, ostatecznie przekonało mnie, że motoryzacja to moja droga i że moja płeć nie jest na niej żadną przeszkodą. Nie musiałam mieć planu B. Miałam poczucie, że robię to, co naprawdę lubię.  

W pewnym momencie mój tata doszedł do wniosku, że zbliża się dobry moment na przejęcie firmy przez naszą trójkę, czyli mojego brata, męża i mnie. Zaczęły zmieniać się standardy, należało patrzeć na przedsiębiorczość z innej perspektywy. Tata podjął wówczas bardzo odważną decyzję, aby jego dzieci przejęły firmę. To był trudny czas zarówno dla nas, jak i dla samej branży. Początek XXI wieku, wiele niewiadomych. Motoryzacja w tym czasie nie należała do najłatwiejszych gałęzi biznesu.

Wielu osobom trudno było uwierzyć, że młoda kobieta zna się na zaawansowanych technicznie rozwiązaniach. Dzisiaj potrafię już żartować z takich sytuacji, ale pamiętam doskonale, jak jeden z kontrahentów przyjechał na spotkanie i zdziwiony zapytał, czy J. Karlik to na pewno ja i czy z kobietą będzie dalej rozmawiać o współpracy? Przełknęłam czarę goryczy i podjęłam to wyzwanie. Kiedy kobieta czuje się w jakiejś dziedzinie dobra merytorycznie, poradzi sobie w każdych warunkach. 

Macierzyństwo wywraca życie do góry nogami. Na szczęście w wychowanie mojej córki bardzo zaangażowali się moi rodzice. Serce miałam jednak rozdarte – z jednej strony zdawałam sobie sprawę, że długa przerwa w karierze zawodowej może mieć przykre konsekwencje. Z drugiej strony wiedziałam, że w domu czeka mały człowiek, który potrzebuje mnie najbardziej na świecie. 

Powrót do pracy w pełnym wymiarze był jednak bardzo trudny. Obawiałam się, jak przyjmą mnie współpracownicy. Nie było mnie prawie dwa lata, a to w biznesie bardzo długo. Dostałam jednak od nich niesamowite wsparcie. Nie bałam się pytać i szybko miałam poczucie, że bardzo szybko stałam się częścią zespołu. 

Gdy patrzę, jak zmieniła się firma przez te trzydzieści lat, od kiedy zaczęłam w niej pracę, to myślę, że słowo „kolosalna” jest za małe, żeby opisać tę zmianę. Stworzyliśmy swoją „Karlikową rodzinę”. Nasi pracownicy żartobliwie zaczęli nazywać się “ludźmi z Karlikowa”. Kiedy przenieśliśmy się z Wrześni do Poznania, stanowiliśmy mały zespół, z trzema podnośnikami samochodowymi, jedną marką – to było naprawdę niewiele. Dziś jesteśmy podzieleni na pięć spółek, każdy odpowiada za swoje przedsiębiorstwo. Zatrudniamy ponad czterysta osób. Mamy takie podejście, że cokolwiek by się nie stało, my jako zespół  – “nasze Karlikowo” – damy radę. 

Wiele lat zajęło mi nauczenie się, jak oddzielić życie zawodowe od prywatnego. To jest prawdziwe wyzwanie w firmie rodzinne. Przy spotkaniach, nawet wigilijnych, nie udawało nam się nie rozmawiać na tematy firmowe. Ale przyszedł taki moment, kiedy pojawiły się małe dzieci, które zdominowały środowisko domowe, a to pozwoliło nam przenieść rodzinne dyskusje na inne tory. Dzięki córce stałam się również bardziej wrażliwym człowiekiem. Wiele zmieniło się w moim poukładanym, „Excelowskim” pojmowaniu świata. 

Od kiedy pamiętam, stawiałam sobie wysoko poprzeczkę. Wiem, że nie zawsze jest to dobre i właściwe. Moja babcia często mi powtarzała: bądź profesjonalna, nigdy perfekcyjna. I to się sprawdza do dziś. Jeszcze dużo chciałabym w życiu zrobić, wiele miejsc odwiedzić. Mam w głowie zuchwałe pomysły. Niedawno widziałam obraz, który przedstawiał napis z hasłem “Jedyne czego ci nie wypada to…” i dalej pusto. Nie ma rzeczy, której nam nie wypada!

Podchodź do celów z odwagą – przemyśl, przeanalizuj, ale zawsze idź do przodu. Jeśli stwierdzisz, że to nie to – zatrzymaj się na chwilę, nigdy nie cofaj. Przeanalizuj raz jeszcze i z impetem rusz dalej. 

Bądźmy profesjonalne i realizujmy swoje marzenia. Nie ma znaczenia, za którym razem nam się powiedzie”.

Joanna Karlik-Knocińska

FOT. Olga Jędrzejewska

 

POCZUCIE SENSU

POCZUCIE SENSU

“W szkole podstawowej jedna z nauczycielek wpisała mi w zeszyt cytat: Nauka jest jak niezmierne morze – im więcej jej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony. Stał się on mottem mojego życia.
Nasz dom rodzinny był domem z tradycjami pedagogicznymi. W dziecięcych marzeniach widziałam siebie jako nauczycielkę biologii. W miarę poznawania tej nauki, która zawsze mnie pasjonowała, postanowiłam, że zostanę badaczem, który odkryje nieznaną “komórkę” i z nią będę podróżować po świecie.
Wychowywałam się w czasach, w których nauka potrafiła zapewnić lepsze życie. Rodzice wierzyli, że również przez naukę muzyki człowiek lepiej się rozwija. Gdy miałam siedem lat, wysłali mnie na lekcje gry na … akordeonie. Otrzymałam piękny, malutki, osiemnastobasowy akordeon. Dzieci w moim wieku biegały po podwórku, a ja grałam. Dopiero po latach odkryłam pozytywny wpływ nauki gry na instrumencie na pracę mózgu.

Po maturze wiele osób z mojej klasy postanowiło zdawać na medycynę – kierunek studiów, który z mojej perspektywy wydawał się nieosiągalny. Powiedziałam sobie jednak, że spróbuję. Skoro inni mają odwagę, dlaczego mnie miałoby jej zabraknąć? Złożyłam dokumenty na Uniwersytet Medyczny w Poznaniu. Dostałam się i tak rozpoczął się bardzo dobry czas w moim życiu. Medycyna zaczęła mnie pasjonować.
Kiedy dzisiaj obserwuję młode osoby, które mają wielkie marzenia i nie czują ograniczeń, odczuwam radość. Sama dorastałam w czasach, gdy wyróżnianie się było źle widziane. W szkole ten, kto dobrze się uczył i jeszcze robił dodatkowo coś, czego się od niego nie wymagało, był postrzegany negatywnie. Na szczęście na studiach medycznych spotkałam osoby, które były do mnie podobne mentalnie – każdemu chciało się robić coś więcej i wzajemnie się w tym wspieraliśmy. Okazało się, że można dobrze się uczyć, być aktywnym i mieć przyjaciół, którzy podzielają twoją pasję do nauki. Po studiach rozpoczęłam specjalizację lekarską.

W latach 80. wybór specjalizacji przypominał loterię. Proponowano specjalizacje tam, gdzie były niedobory w szpitalach. Najbardziej brakowało zawsze anestezjologów. Zostałam przydzielona do szpitala dziecięcego na ul. Krysiewicza w Poznaniu. W tym czasie przyszła na świat moja pierwsza córka. Kiedy zbliżał się czas powrotu do pracy po jej narodzinach, poczułam, że nie jestem gotowa, żeby leczyć w szpitalu dziecięcym. Sama niedawno urodziłam dziecko i na myśl o pracy z małymi pacjentami, miałam łzy w oczach. Zaczęłam szukać innych możliwości i tak trafiłam do bardzo mądrej pani profesor, która dała mi szansę pracy na jej oddziale w szpitalu przy ulicy Lutyckiej.

Zostałam wrzucona na głęboką wodę. W pierwszy dzień pracy, spojrzałam na rozpiskę dyżurów i w głowie pojawiły się tysiące myśli. Przeżyłam chwilę zwątpienia, czy podołam, czy na pewno dobrze robię, czy nie nadaję się raczej do pracy naukowej. Pani profesor dała mi wówczas bardzo dobrą radę: abym wytrwała miesiąc i po jego upływie ponownie zastanowiła się, co chcę dalej robić w życiu. Po tym czasie nie chciałam już odchodzić. Kolejne lata dzieliłam pomiędzy pracę w szpitalu a pracę naukową na uczelni.

Zawsze bałam się monotonii życia. Nigdy nie chciałam być lekarzem, który przychodzi do pracy, wykonuje znieczulenie i wraca do domu. Miałam potrzebę robienia czegoś więcej. Po kilkunastu latach pracy na Lutyckiej, otrzymałam telefon z propozycją przejścia do szpitala dziecięcego i objęcia tamtejszej kliniki. Pamiętam, jak zatrzymałam z emocji samochód – czułam ogromną radość i niedowierzanie. Zastanawiałam się, czy podołam. I to jeszcze w szpitalu dziecięcym, od którego uciekałam piętnaście lat wcześniej. Życie potrafi naprawdę zatoczyć koło. Podjęłam wyzwanie i 1 stycznia 2006 roku naprzeciwko mojego nowego zespołu; młodsza o ponad dziesięć lat od większości moich współpracowników. Dzień przed – w Sylwestra, przygotowałam listę celów: czego oczekuję od siebie, od tego miejsca, jak ja siebie tam widzę. Bardzo się bałam tego wyzwania. Nie miałam doświadczenia w zarządzaniu, musiałam się tego nauczyć „na żywym organizmie”.
Przełomem był dla mnie wyjazd na staż do Stanów Zjednoczonych w 2007 roku. Każdego dnia przyglądałam się pracy tamtejszych lekarzy, zapełniając zeszyt notatkami. Wróciłam do Polski z głową pełną pomysłów dotyczących naszego oddziału.  Po dwóch latach mojej małej rewolucji usłyszałam, że nareszcie pracujemy inaczej i to się sprawdza. Jest to dla mnie największa nagroda. Anestezjologia i intensywna terapia są trochę „szarymi eminencjami” medycyny. Często ludzie nic o nich nie wiedzą. Niedawno zrobiono w Europie badania – zapytano pacjentów, czy wiedzą, czym zajmuje się anestezjolog i prawie 40% badanych nie wiedziało, że to jest lekarz.
W większości przypadków intensywną terapię poznajemy dopiero wówczas, kiedy na oddział trafia ktoś bliski z zagrożeniem życia.     Wówczas dochodzi często do zderzenia dwóch światów.
W 2006 roku udało się powołać fundację Intensywnej Terapii Dziecięcej (ITD). W szpitalach były ciężkie czasy. Brakowało możliwości, funduszy, pomimo wielu chęci i pomysłów. Szukałam rozwiązania, aby za pomocą zebranych środków finansowych wspomóc klinikę i jej najmłodszych pacjentów. Pierwszym darczyńcą naszej fundacji był pan, którego dziecko zostało przyjęte na nasz oddział. Sfinansował powstanie strony internetowej fundacji. I tak to się zaczęło – przy pomocy wielu ludzi, wspólną pracą rozpoczęliśmy urzeczywistnianie naszych marzeń o fundacji ITD.
W tej chwili naszym najważniejszym celem jest zwiększenie ilości dzieci, które moglibyśmy objąć opieką w zakresie wentylacji mechanicznej w warunkach domowych. Staramy się, aby coraz więcej dzieci mogło być wentylowane w domu, czyli tam, gdzie czują się najlepiej, poza szpitalnymi korytarzami.
Będąc na studiach usłyszałam pewne powiedzenie, do którego często wracam: “Bo żyć trzeba pięknie”. Staram się żyć dobrze, aby nie mieć poczucia zaniechania. Czasami jako lekarze przegrywamy i do tego trzeba przywyknąć. Nie wszystkich udaje się uratować i trzeba nauczyć się z tym żyć. Moje córki czasem żartobliwie pytają “Mamo, czy ty możesz usiąść na pięć minut?”. Ale ja nie potrafię. Mam poczucie, że za szybko leci mi czas, a jeszcze tyle chciałabym zrobić. Więc nie odpuszczam, tylko działam.”

Dr hab. n. med. Alicja Śniatkowska

FOT. Archiwum prywatne

MAŁYMI KROKAMI DO SUKCESU

MAŁYMI KROKAMI DO SUKCESU

“Rodzice, oboje architekci, tworzyli w domu artystyczny klimat. O sztuce mówiło się na okrągło,
miałam zawsze dostęp do kredek, farb, pędzli. Uwielbialiśmy organizować wspólne wypady na
wystawy. Przesiąkałam sztuką od małego.
Bardzo chciałam studiować modę. Będąc jeszcze w liceum, przeczytałam w ELLE artykuł o
Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Antwerpii – prestiżowej szkole, dającej niesamowite
możliwości rozwoju. Bardzo chciałam spróbować tam swoich sił. Dostałam się i rozpoczęłam
prawdziwą walkę o przetrwanie. Każde zaliczenie przypominało telewizyjny show, w którym co
odcinek odpada jeden uczestnik. Spędziłam tam sześć lat – najpierw studiując modę, później
malarstwo. Dzięki tym dwóm kierunkom zrozumiałam, że najbardziej podoba mi się projektowanie
wzorów i tkanin.
Pierwsze kolekcje swoich projektów zaczęłam sprzedawać w lokalnych butikach w Antwerpii. Po
studiach podjęłam pracę dla koncernu H&M w Sztokholmie. Dzięki niej odkryłam, w czym najlepiej
odnajduję się jako projektantka. W szkole kształtowali nas w kierunku artystycznym – oderwanym
od rzeczywistych potrzeb rynku. Tworzyliśmy dzieła sztuki, ale bez znaczenia było, czy ktoś będzie
je nosił. To nie była droga, którą chciałam pójść. Dopiero pracując dla H&M dowiedziałam się,
czym jest moda tworzona w odpowiedzi na potrzeby ludzi wokół nas. Tam również nauczyłam się
od kuchni, jak tworzy się własne printy na tkaninach.
Mieszkając w Szwecji, bardzo tęskniłam za domem rodzinnym. Zauważyłam również, że Polska
daje duże możliwości logistyczne w naszej branży. Jest wielu producentów materiałów, szwalnie.
Koszty prowadzenia biznesu i tym samym życia są niższe niż w Skandynawii. Postanowiłam
wrócić i otworzyć swoją firmę – MISZKOMASZKO.
Na początku projektowałam głównie lalki dla dzieci i nie interesowała mnie moda damska. Jednak
szybko zauważyłam, że rynek oczekuje ubrań z unikatowym wzorem, czyli dokładnie takich, jakie
uwielbiałam kreować. To był impuls do zmiany – tworzenia ubrań funkcjonalnych dla kobiet, bez
względu na ich wiek czy rozmiar.
Prowadzenie firmy to nieustanna nauka i reagowanie na ciągłe zmiany. Trzeba skonfrontować
swoją wizję z rzeczywistością. Warto podążać z nurtem i po drodze korygować założenia.
Zaczynałam jako mała, jednoosobowa pracownia w Luboniu. Firma rozwijała się i w pewnym
momencie zaczęłam sobie zdawać sprawę, że sama tego dłużej nie pociągnę. Dołączyła do mnie
siostra Zosia, która jest moim „klonem”. Jesteśmy bardzo podobne nie tylko z wyglądu, mimo
szesnastoletniej różnicy wieku, ale również mentalnie. Pewne sprawy są dla nas obu oczywiste,
rozumiemy się bez słów. Podzieliłyśmy się zadaniami – ja odpowiadam za artystyczną, twórczą
stronę, a siostra – za całą organizację firmy. Nie straszne są jej tabelki i wykresy. Razem jesteśmy
zgranym zespołem.
Fantastyczne w tej pracy jest to, że klientki są dla nas najważniejszym punktem odniesienia.
Możemy je poznać, dowiedzieć się, jakie mają potrzeby. Mam ogromną satysfakcję, kiedy czytam
wiadomości od kobiet, które piszą, że pierwszy raz od lat ubrały sukienkę, nie sądziły, że będą się
w niej tak dobrze czuły i nie mogą się z nią rozstać. To są autentyczne reakcje. I to jest dla mnie
jednocześnie największe zaskoczenie i sukces MISZKOMASZKO. Kiedy ludzie otrzymują nie tylko
produkt, ale doświadczają też radości, jaką staramy się im przekazać w tym, co robimy.
Co jakiś czas siadamy z Zosią i naszym bratem do narady, aby przeanalizować sytuację,
zaplanować kolejne kroki. Kiedy plan działa, przybijamy sobie piątkę i świętujemy nawet małe
zwycięstwa. Staramy się robić z cytryn lemoniadę – gdy trafiła nam się partia sukienek, w których
nie dopinały się guziki, przerobiliśmy je na spódnice”.

Agata Piechocka,
MISZKOMASZKO

FOT. Katarzyna Kitajgrodzka

PRZEKONANIE DO BIZNESU

“Byłam niepokorną nastolatką, słuchającą Nirvany i w tym duchu tworzyłam moją pierwszą biżuterię: wyginałam druty w różne strony, aby nadać im niecodzienny wygląd. W takich klimatach najlepiej się wówczas odnajdywałam.
Wyrastałam w Poznaniu w cieniu nazwiska Kruk. Poznaniacy mocno przywiązują wagę do swojego pochodzenia, dlatego wyjazd z kraju był dla mnie wyjściem na wolność – mogłam być po prostu Anią.
Miałam 21 lat, kiedy w Meksyku spotkałam podczas podróży mojego męża. Nasza wakacyjna przygoda trwa do dziś. Przeprowadziłam się do Hiszpanii, będąc jeszcze na studiach. Dzięki mężowi szybko poznałam, jak wygląda rodzinna strona życia w tym kraju. Od samego początku czułam się częścią ich lokalnego życia.
Pierwsze doświadczenie zawodowe zbierałam pracując dla Google – ta historia do dziś jest dla mnie zdumiewająca. Jeszcze podczas studiów zaczęłam dokształcać się w zakresie grafiki, konkretnie w projektowaniu liter. Ukończyłam w Hiszpanii szkołę podyplomową z typografii i wróciłam do Polski, aby dokończyć studia na poznańskim ASP. Okazało się, że na uczelni działa prężnie pracownia typografii, z którą się związałam. Organizowali wiele warsztatów, wystaw prac studentów. Na jedną z nich przyjechał headhunter z Google. Trafiłam na moment, kiedy rozwijali projekt zmiany sposobu projektowania stron internetowych. Poszukiwali studentów, którzy stworzyliby nowy katalog czcionek. Zaproponowali mi współpracę – dla mnie, młodej studentki, była to praca marzeń.
Dwa kroje pisma, które zaprojektowałam, zostały przez nich opublikowane. Czasami zdarza się, że otwieram menu w restauracji i widzę kartę złożoną z moich liter – bezcenne doświadczenie.
Stworzenie marki ANIA KRUK było wspólną decyzją całej naszej rodziny. Po sprzedaży marki W.Kruk na giełdzie, zaczęliśmy poważnie dyskutować, jak kontynuować pracę poprzednich pokoleń, aby nie zatracić tego, co zbudowaliśmy wspólnie przez lata. W proces analizy w szczególności zaangażowani byli mój tata i brat. Mieli pomysł jak przeprowadzić naszą sukcesję w dość nietypowy sposób. Zaczęły się długie rozmowy i negocjacje, żebym wróciła do Polski. Poczucie misji, jaką była kontynuacja działalności firmy rodzinnej, silnie na mnie zadziałało. Na tyle, że zdecydowałam się przeprowadzić z mojego hiszpańskiego świata z powrotem do ojczyzny.
Najpierw jednak zapisałam się do Szkoły Jubilerskiej w Barcelonie. Chciałam poznać tę branżę od środka. Miałam wtedy 25 lat i o biznesie nie wiedziałam nic. Walczyłam z czasem, żeby jak najszybciej wszystkiego się nauczyć. W pierwszym roku działalności popełniliśmy wiele błędów, bez których nie bylibyśmy firmą, którą jesteśmy dzisiaj. To był okres prawdziwej, przyziemnej nauki, co działa, a nad czym trzeba jeszcze popracować.
Nasza nietypowa sukcesja wywołała wiele emocji. Było mnóstwo pytań, ile w marce ANIA KRUK jest mnie, a ile mojego taty. Zderzenie tych komentarzy z naszą wspólną pracą było bardzo trudnym doświadczeniem. Z jednej strony byliśmy my – brat i ja, ze swoimi pomysłami na nowoczesne rozwiązania, a drugiej strony nasz tata z wieloletnim doświadczeniem – prawdziwe starcie dwóch żywiołów. Bardzo wiele się nauczyłam na początku naszej wspólnej działalności. Przede wszystkim o sobie samej – zrozumiałam, co daje mi radość.
Mam teraz bardziej spokojne podejście do biznesu. Łatwiej mi patrzeć na różne sytuacje z dystansem. Ze wszystkich kryzysów wyszliśmy cało i daliśmy radę. Dla firm rodzinnych charakterystyczne jest to, że rosną trochę „na dziko”. Brakuje nam często korporacyjnego porządku i wyznaczania procesów. Mam wrażenie, że firmy rodzinne w Polsce dopiero się tego uczą.
Dla mnie wciąż największą lekcją pokory jest nauka zarządzania zespołem. Czuję ogromną odpowiedzialność, aby właściwie ocenić, czy dana osoba jest na pewno kompetentna i nadaje się na wybrane stanowisko. Budowanie świadomości menadżera pomaga mi uwierzyć w siebie i swoje osądy. Bywały momenty, że za porażkę projektu obwiniałam siebie – uważałam, że nie potrafiłam go dobrze poprowadzić.
Czuję, że jestem mieszkanką Hiszpanii i Polski – w obu krajach jestem u siebie. Na południu mam slow life, pracuję z domu. Przyjazdy do ojczyzny dają rozpęd do dalszej działalności. W Polsce głównie pracuję: ekspresowo i bardzo intensywnie.
Polubiłam również czas pomiędzy – w podróży. Założyłam sobie, że w samolocie zawsze czytam jedną książkę o biznesie. To cenne chwile, które ciężko wygospodarować w codziennym życiu. Jest to też czas dla mnie, pomiędzy opieką nad małym dzieckiem w Hiszpanii, a pracą w Polsce.
Dopiero po urodzeniu dziecka zaczęłam myśleć o sobie, jak o kobiecie – nie dziewczynie. Jest to w życiu etap, który wiele zmienia. Pojawienie się dziecka było również motorem do wprowadzenia kolejnych zmian w firmie.  Macierzyństwo wymusiło na mnie przejście do bardziej strategicznego zarządzania niż do tej pory. Obawiałam się tej zmiany. Okazało się jednak, że wniosła wiele dobrego. Nigdy nie spodziewałam się, że wrócę do firmy rodzinnej. Zawsze byłam buntownikiem, nie podążałam za tradycją. Wychodząc od designu, myślałam, że będę zajmować się zadaniami kreatywnymi. Tymczasem okazało się, że najbardziej interesują mnie działania biznesowe – ustalanie procesów, zarządzanie zespołem, analizy. Ciągle siedzę w tabelkach i sprawia mi to wielką frajdę. Odkryłam potencjał biznesowy, który stał się moją pasją i tym, co w mojej pracy kocham
najbardziej.
Z każdym rokiem, od kiedy ANIA KRUK działa, czuję się mądrzejsza, coraz więcej umiem. To jest jak z żonglowaniem: zaczynasz od dwóch piłeczek i potem dokładasz kolejne. Jeżeli się dużo uczymy, łatwiej jest podejmować wyzwania. Nauką jest dla mnie również rozmowa z drugim człowiekiem, a ludzie często boją się zadawać pytania.
Mój tata był zawsze bardzo odważny. Dzielił się z moim bratem i ze mną swoimi przemyśleniami, abyśmy nigdy nie bali się podejmować nowych wyzwań. Dla otwartych umysłów świat stoi otworem”.

Ania Kruk

FOT. Iza Grzybowska

CIEKAWOŚĆ ŚWIATA

„Kiedy pojawiliśmy się z bratem na świecie, mama wybierała pracę na nocne zmiany, żeby w ciągu
dnia móc być z nami. Rodzice poświęcali nam cały swój czas i uwagę – wszystko, co mieli. W
takich wartościach wyrastaliśmy.
Sama tego nie pamiętam, ale moi koledzy z podstawówki wspominają, że od dziecka chciałam
zostać dziennikarką. Zawsze interesowałam się wydarzeniami, które działy się wokół nas.
Uwielbiałam WOS, ciekawiła mnie polityka.
Mój tata bardzo lubił programy informacyjne. Pilnował pór dnia, w których emitowane były
wiadomości, żebyśmy zawsze byli na bieżąco. Siedziałam z nim na dywanie przed telewizorem i
oglądaliśmy wydarzenia z wypiekami na twarzy. Pamiętam ze swojego dzieciństwa Ewę Siwicką,
prowadzącą program, który dwadzieścia lat później prowadziłam również ja.
Naturalna ciekawość świata doprowadziła mnie na dziennikarstwo i politologię, które studiowałam
w Poznaniu. Miłość do dziennikarstwa zaczęła się od radia. Jeszcze będąc w liceum, biegałam w
wolnej chwili do Radia Merkury, w którym czytałam pozdrowienia od słuchaczy. Uwielbiałam tę
pracę. Radio ma w sobie magię – słuchasz głosów, które kochasz i podziwiasz. Potem jednym z
przedmiotów na studiach była pracownia radiowo-telewizyjna. Tak zaczęła się moja przygoda z
telewizją, która trwa już ponad dwadzieścia lat.
Pierwsze próby wystąpień na żywo to były tzw. stand-upy, czyli przygotowane lub improwizowane
komentarze, opisujące daną sytuację. Trudna sztuka, która niesamowicie uczyła, na czym polega
zawód dziennikarza w telewizji. Następnie robiłam przeglądy prasy, a w końcu zaczęło się
prowadzenie programów informacyjnych. To były czasy, w których widzowie na wiadomości musieli
czekać – nie było telewizji nadających informacje całodobowo. Każdy dzień w pracy był zupełnie
inny. Nigdy nie wiedziałam co przyniesie następny, z jakimi wiadomościami będę musiała się
zmierzyć.
Po dziewięciu latach pracy w telewizji publicznej przyszedł czas na nowe wyzwanie – pracę w
telewizji informacyjnej, nadającej newsy 24 godziny na dobę. Taka telewizja jest jak żywy
organizm, który w każdej chwili może się zmienić. Praca w TVN24 była dla mnie szkołą życia.
Ważny był również czas w TVN24BiS, gdzie przekazywaliśmy wiadomości z całego świata. O
polskich sprawach jest łatwiej mówić, a tutaj mieliśmy do czynienia z trzęsieniami ziemi, wojnami w
odległych krajach – to jest już inny kaliber dziennikarstwa.
Praca dziennikarza angażuje wszystko. Mówi się, że telewizja to kochanka, która zabiera twój czas
i siły. Sukcesem jest, aby nie zatracić tego, co dla nas najważniejsze.
Pojawienie się dziecka powoduje całkowitą zmianę w głowie kobiety. Zmienia się sposób patrzenia
na przyszłość i czas, który jest teraz. Rodzina to moja wyspa szczęścia. Staram się, aby praca
dostosowywała się do niej, a nie na odwrót. Stąd też pomysł na kolejne nasze wspólne wyzwanie,
jakim jest przeprowadzka do Afryki. Żartujemy sobie z mężem, że dopadła nas “zanzibarka”, czyli
choroba, która trzyma i nie puszcza.
W Afryce poznaliśmy zupełnie inne podejście do relacji międzyludzkich – tam życie kręci się
głównie wokół nich, a u nas takie myślenie powoli zanika. Ogromnym problemem naszych dzieci i
nas samych jest fakt, że nie spędzamy czasu ze sobą, tylko obok siebie. W całym tym pędzie za
pieniędzmi, kolejnymi sukcesami ludzie zapominają o bliskości. Tylko pytanie: w imię czego?
Ostatnio od wielu osób, z którymi rozmawiam o przeprowadzce, często słyszę to samo zdanie: “Ja
też o tym marzę, ale się boję”. My doszliśmy do wniosku, że im dłużej będziemy czekać na tę
naszą przyszłość, tym ona będzie krótsza. Więc może trzeba spróbować?
Moje chwile słabości przypominają walkę pomiędzy tym czego się boję, a czego chcę. Takie też
nastawienie mam do naszej przygody z przeprowadzką na Zanzibar. Będzie ciężko, ale po prostu
będziemy musieli sobie poradzić. I damy radę. Wszystko w naszych głowach i rękach.
Z jednej strony blokuje nas strach, z drugiej strony unieszczęśliwiają potrzeby. To też jest lekcja,
którą wynieśliśmy z Zanzibaru, że im mniej człowiek ma, im mniej posiada, tym jest szczęśliwszy.
Mniej rzeczy go wówczas przytłacza i za mniejszą ilością goni.

Tracimy czas, żeby więcej  zarabiać, pędzić, gonić, a nie spędzamy go ze sobą. Wciąż dochodzimy do punktu wyjścia.

Stwierdziliśmy, że chcemy to zmienić – nie warto dłużej czekać.”

Katarzyna Werner

FOT. Archiwum Charytatywnych Kulinarnych Zawodów Dziennikarzy